Lustra to jednak osobliwy wynalazek. Nie można ich wiecznie ignorować; jak uporczywie drążące myśli, prędzej czy później wyegzekwują swoje.
Jakiś czas po operacji pojawiła się Heida Trondheim. Mówiła, on słuchał. Zamienili kilka błahych zdań. Dużo było ciszy. Potem wyszła.
Jako następny przyszedł smukły Ziemianin, starszy nieco i niższy od Randżiego. Skórę miał jakby jaśniejszą. Podobny, bardzo podobny.
Randżi nie wytrzymał. Zapłakał i mało go obchodziło, czy aszregańskie, czy może ludzkie łzy toczy. Odmienione chirurgicznie oczy bolały go jeszcze, ale jakoś to przetrzymał. Zdumiony młodzieniec wyszedł. Wróciła Heida.
Wciąż musiał używać translatora, by z nią porozmawiać. Wyglądał jak Ziemianin, może i był nim, ale operował obcym językiem. Heida miała sporo cierpliwości.
- Czemu? - spytał.
- Bo uznaliśmy, że powinieneś wyglądać jak człowiek, skoro nim jesteś - odparła wprost. Odchylił głowę i zapatrzył się w sufit.
- Przyznaję, że efekt jest szokujący, ale wewnątrz jestem wciąż tą samą osobą co przedtem.
- Zostałeś przebadany dokładniej niż jakikolwiek człowiek w dziejach. Ampliturowie przegapili jednak to i owo. Chemia ciała, niektóre szczegóły anatomiczne. Nie zmienili wszystkiego. Wiemy już na pewno: jesteś człowiekiem. Tak samo, jak ja.
Randżi spojrzał z ukosa.
- No, to może powiesz mi jeszcze, czemu jakoś nie mam ochoty skakać z radości?
Rozmowę przerwało wejście Pierwszego, ubranego w obszerną bluzę i szorty. Nawet tak doświadczonemu medykowi nie było łatwo wkroczyć samodzielnie do pomieszczenia zajmowanego przez dwoje Ziemian, potrafił jednak ukryć zakłopotanie.
Randżi otrzymał do obejrzenia cały szereg wykresów i zestawień (łatwych do sfałszowania) oraz kilka trójwymiarowych ilustracji (też podrabialnych). Starszy Hivistahm mówił przekonująco, ale nie rozproszył wątpliwości. Słowa to za mało, by ułożyć na nowo czyjś świat. Znacznie więcej powiedziała już Randżiemu wcześniejsza wizyta tak podobnego doń młodzieńca.
Wprawdzie niegotowy jeszcze do poważnej dyskusji, zgodził się wysłuchać szczegółowego raportu. Pierwszy uznał to za zapowiedź Wiktorii.
- Głowa mnie boli - poskarżył się na początku.
- Może boleć, usunęliśmy bowiem całkiem sporo masy kostnej. Część wykorzystaliśmy dla zmniejszenia oczodołów do normalnych, ludzkich rozmiarów. Z tego samego powodu możesz jeszcze odczuwać bóle w palcach. Ale to minie.
Randżi pogładził krótszymi palcami prześcieradło.
- Ale po co? Czemu zadaliście sobie tyle trudu?
- Abyś nie czuł się obco między swoimi - powiedziała Heida. Spojrzał na nią uważnie.
- Swoimi? A którzy to "moi"? Wy?
Nie odwróciła oczu.
- Tak. My. Ja. W ten sposób łatwiej będzie wyjaśnić... niektóre sprawy.
- I jeszcze coś. - Pierwszy znalazł sobie stosowne siedzisko. - Wszczepiony ci zespół neuronów nadal tkwi w dolnych warstwach kory mózgowej, jednak przecięliśmy wszystkie łącza między nim a resztą mózgu. Nie może już wpływać na twoją psyche.
- Rozumiem - stwierdził cicho Randżi. - To znaczy, że Nauczyciele nie będą mogli już przemawiać wprost do moich myśli?
- Właśnie. Ponadto mamy nadzieję, że to zastymuluje system obronny umysłu. Wtedy będziesz bezpieczny przed zakusami wroga.
Wroga? Kto tu jest wrogiem a kto sprzymierzeńcem? Za wiele tego na prosty żołnierski umysł, stwierdził zmęczony. Właśnie, jestem żołnierzem... Dobra, ale dla kogo walczę? Kogo teraz mam zabijać?
Zrobili wszystko, co w ich mocy, aby go przekonać. Czemu wciąż odmawia? Czemu nie chce uwierzyć? Z uporu? Ze strachu? Czy zabrano mu coś... a może coś przywrócono? Skąd ma to wiedzieć? Jak sprawdzić?
Konfrontacja z Nauczycielem wyjaśniłaby wszystkie wątpliwości, ale na Omafil nie było ani jednego Amplitura. Trzeba znaleźć inny sposób. Jednego wszakże był już pewien.
Jeśli to wszystko prawda, jeśli naprawdę jest Ziemianinem a nie Aszreganem, to znaczy że wszystko dotąd było kłamstwem. Całe jego życie... Wszystko.
Czy jego rodzice znali prawdę? Matka i ojciec, których tak kochał i szanował, którzy nauczyli go mówić, chodzić... Może byli tylko bezwolnymi narzędziami sterowanymi "sugestiami" Ampliturów? A jeśli przez cały czas grali ponurą komedię?
Zamrugał oczami. Wyczuł, jak coś ciepłego spoczęło na jego przedramieniu. Dłoń Heidy.
- Dobrze się czujesz, Randżi?
Nawet moje imię brzmi obco, pomyślał. Dziewczyna nie potrafiła wymówić go z właściwym akcentem. Pierwszy opuścił fotel i na wszelki wypadek stanął za oparciem.
- Nie będziesz agresywny? - spytał niespokojnie.
- Nie. Agresja jest moją naturą, ale teraz jestem zbyt zmęczony. Naukowiec przysiadł z powrotem.
- Wiesz - powiedział Randżi do dziewczyny - słucham was, ale przecież pamiętam też całe moje dzieciństwo.
- I aszregańskich rodziców - mruknęła ze współczuciem.
Randżi zawahał się i skinął potakująco głową. Był to ludzki gest. Wyszło mu dziwnie naturalnie.
- Dobrowolnie lub pod przymusem służyli Ampliturom - wtrącił się Pierwszy.
Mimo wcześniejszej deklaracji Randżi zapragnął wyrżnąć medyka w zębatą paszczękę. Normalny odruch, powiedział sobie. Ludzki odruch... Im dłużej usiłował wmówić sobie, że to tylko zły sen, tym dobitniej przeczyły ciało i emocje.
- Będzie dobrze - powiedziała Heida. - Wszystko będzie dobrze.
- Zaiste? - Czy translator odda jego lęk i niepewność jutra? - Przez całe życie byłem Aszreganem. Teraz chcecie przekonać mnie, że jestem człowiekiem. Nagle, od wczoraj. Cokolwiek się zdarzy, tamto zostanie.
Dziwne. Heida się uśmiechnęła.
- Więcej w tobie człowieka, niż myślisz, Randżi-aar.
Powtzrzam, że tak nie można! To nienaukowe! Niezgodne z wszystkimi procedurami. I niebezpieczne!
- Dla kogo niebezpieczne? - spytał siwy Massud w mundurze pułkownika. Stopień był prawdziwy, jednak ostatnio oficer zajmował sięnie tyle walką, co sprawami administracyjnymi.
Obok czekał cierpliwie S'van w mundurze z naszywkami informującymi, że jest doradcą naukowym ze szczególnym cenzusem i uprawnieniami. Rzadka kombinacja. Dla Hivistahma wręcz absurdalna. Sam nigdy nie potrafił pogodzić wojny i medycyny.
Cała trójka stała na długiej i szerokiej kładce, zawieszonej niczym ptasie gniazdo na pionowej, bazaltowej ścianie. Wczesny świt piękniał z każdą chwilą, jakby na przekór nastrojowi dyskutantów. Kończyła się właśnie druga w ciągu roku wiosna na Omafil. Druga, złożona bowiem orbita planety powodowała liczne przyrodnicze anomalie. U stóp urwiska zieleniła się gęsta puszcza, dopiero w dali jaśniały pola uprawne. Na horyzoncie pobłyskiwały żółto na tle czarnych chmur wieże miasta Oumansa.
Nie do wiary, pomyślał S'van, że pomimo pięknego dnia mieszkańcy Oumansa szykują się na wojnę. Podobnie jak wszyscy toważysze i krewni S'vana. Gdzieś wysoko ponad kryształowo czystą atmosferą Omafil setki statków i okrętów wirowały w obłędnym tańcu zniszczenia. Uwielbiający zmieniać wszystko w żart kudłacz nie potrafił wykrzesać z siebie ani krzty humoru.
O parę cali nad skrajem przepaści czekał na nich pusty stół. Automatyczny kelner podsunął zaraz napoje.
- Twoja opinia zostanie wysłuchana, ale i tak niczego nie zmieni - powiedział pułkownik i siorbnął rozgłośnie. Massudzi słynęli z wielu zalet, jednak zdecydowanie brakowało im taktu. S'van uznał, że pora interweniować. Chociaż władał i massudzkim, i mową Hivistahmów, tym razem wolał użyć translatora.
- Przykro mi, Pierwszy, ale dowódca ma rację. Decyzja już zapadła i to na poziomie Rady. Choćbyśmy chcieli, niczego nie zmienimy.
- Rada nie ma tu nic do decydowania - syknął Hivistahm z takim przejęciem, że barwne plamy wystąpiły mu na łuskach głowy. Szczęknął melodyjnie a przygnębiająco zębami i przygarbił się malowniczo w fotelu. Hivistahmowie rozwinęli zachowania depresyjne do rangi sztuki.
- Rozumiem, że wciąż jesteście na etapie badań wstępnych i pragnęlibyście je zakończyć - powiedział S'van z głębin brody.
- Zakończyć? Dopiero zaczęliśmy! - rozpaczał Pierwszy, ignorując szklankę. - Pomyślcie tylko! Ziemskie dziecko wychowane jako Aszregan. Przyuczone, by myśleć i rozmawiać po aszregańsku, ale walczyć jak Ziemianin. Odrodziliśmy w nim człowieczeństwo.
- Ale jeszcze nie człowieka - wtrącił się Massud.
- To przyjdzie z czasem. Tym bardziej jednak należy zatrzymać go tutaj, gdzie będziemy mogli mu pomagać. I dalej badać.
- Osobiście się zgadzam - przyznał S'van, próbując napoju.
- No, to czemu rozkazano inaczej? - spytał Hivtstahm grobowym głosem. - Skąd taka decyzja?
Massud odstawił naczynie.
- Ryzyko istnieje, ale stawka jest dość wysoka, by spróbować. Tak postanowiła Rada.
- Nie przywykł jeszcze do swojej nowej postaci - mruknął medyk. - Jak powiedziałeś, nie jest jeszcze Ziemianinem. Nie potrafimy normalnymi metodami przekształcić jego umysłu tak, jak przebudowaliśmy ciało. A ty chcesz, byśmy już teraz, natychmiast przywrócili mu tymczasowo wygląd Aszregana. Jeśli Rada jednak się myli, to stracimy nie tylko tego jednego osobnika, ale i szansę, którą on sobą stanowi.
Pułkownik upił łyk. Tym razem ciszej; widać przypomniał sobie, z kim siedzi przy stole.
- Przypominam wam, że winniśmy wziąć pod uwagę także zdanie zainteresowanego. Jest gorącym zwolennikiem operacji.
- To akurat biorę pod uwagę zawsze i wszędzie - sarknął Hivistahm - ale w pierwszym rzędzie musimy myśleć w kategoriach interesów Gromady.
- Moi przełożeni nie kierują się niczym innym. Zważ, że fakt przeciwstawienia się opinii Rady zaważy na twojej osobistej pozycji. - Massud pochylił się ku rozmówcy. - Jak wiesz, Randżi-aar jest jednym z wielu prenatalnie przekształconych Ziemian. Uznaliśmy, że skoro pragnie wrócić między dawnych znajomych, wyjawić im mechanizm oszustwa i wszcząć rebelię, należy mu to ułatwić.
- O ile takie są jego prawdziwe zamiary - wtrącił medyk.
- Prawda jest zawsze pierwszą ofiarą wojennej zawieruchy - zauważył pułkownik i jego towarzysze spojrzeli nań zdumieni. Filozofujący Massud? - Widziałem raporty ksenopsychologów. W obecnej chwili Randżi nie ufa nikomu, nawet samemu sobie. Najbardziej ze wszystkiego pożąda przekonujących argumentów; chce wiedzieć, skąd się wziął i kim jest. Jeśli mu ich nie dostarczymy, może doznać trwałych uszkodzeń struktury osobowości. Wtedy przepadło. Jak sam powiedziałeś, chirurgia jest w tej materii bezradna. Sam musi odkryć własną tożsamość. Jeśli zdoła potem przekonać swoich przyjaciół, Ampliturowie utracą nie tylko owoc wieloletnich doświadczeń, ale także najskuteczniejszych żołnierzy, jakich zdołali do tej pory wyhodować. Gromada zyska tak doraźnie, jak i w dłuższej perspektywie.
Pierwszy zamknął powieki. Światło dnia było coraz jaśniejsze.
- Może zdarzyć się i tak, że powrót do dawnego otoczenia odrodzi aszregańskie uwarunkowania. Wówczas utracimy go na zawsze. Nie fantazjuję.
S'van zgrzytnął zębami w parodii gestu Hivistahma. Medyk nie potrafił orzec, czy to tylko lekki przytyk czy jawna kpina. Ale kto by rozszyfrował S'vana?
- Oczywiście, ryzyko jest spore. Jednak, o ile wiem, dalsze przetrzymywanie go w tym miejscu też stwarza pewne niebezpieczeństwa.
- Nie, już nie - mruknął zmęczonym głosem Pierwszy. - Samobójstwem groził tylko do chwili, gdy zgodziliśmy się na jego powrót. Przyznaję, że gdyby naprawdę się postarał, to przy tym stopniu determinacji bylibyśmy bezradni. Frustrująca prawda. Aszregan nie wysuwałby takich gróźb; znaczy coś jednak się w nim dokonało. Powinniśmy zatrzymać go jeszcze na obserwacji, ale to z kolei oznaczałoby porażkę. Rozumiem, że zwycięży, jeśli zdoła potwierdzić swe ludzkie pochodzenie, ale wtedy my z kolei przegramy. Ironia losu.
- Życie często gotuje nam podobne pułapki, kiedy musimy wybierać miedzy złym a gorszym - wtrącił S'van. W jego przypadku filozofowanie nie było niczym dziwnym.
- Obawiam się, że jednak będziemy musieli go wypuścić. Ale boję się tego kroku. Na Krąg powiadam, że się boję.
- Dokonaliście wielkich rzeczy, ale czasem interes nauki musi ustąpić przed doraźnymi potrzebami - stwierdził z powagą S'van.
- Rozumiem - przyznał Hivistahm i upił ze swojego naczynia. - Rozumiem, ale wcale mi się to nie podoba.
- Kilku ziemskich psychologów, których też spytaliśmy o zdanie, przyznało, że przetrzymywanie pacjenta wbrew jego woli byłoby niebezpieczne - powiedział pułkownik.
- Psychologowie z Ziemi? - spytał zdumiony Pierwszy. - To absurd. Albo psychologowie, albo z Ziemi. Przecież oni dopiero co zaczęli rozumieć własne postępowanie. Dzięki nam. Nie oczekuj od nich światłej rady.
Ponieważ nie było Ziemian w pobliżu, Hivistahm nie musiał hamować języka.
Pułkownik poruszył nerwowo wąsami, podwinął górną wargę.
- Cóż, przekonamy się niedługo. Albo nam się urwie, albo zdziałamy z jego pomocą sporo, naprawdę sporo. Nawet jeśli pojmają go w końcu i zabiją, to zapewne zdąży posiać nieco fermentu między swoimi.
- Wciąż uważam, że to zły pomysł. Zgłoszę oficjalne votum separatum.
- To twoje prawo - uśmiechnął się S'van świadom, że i tak nikt nie dojrzy tego uśmiechu pod gęstą brodą. Dyskutowali potem aż do zachodu słońca.
Niebawem dostarczono mu brudny i podarty mundur z Eirrosad. Opakowany w szczelną, przezroczystą torbę wyglądał tak samo, jak przed kilkoma miesiącami.
Upodabniające Randżiego do Aszregana protetyczne wszczepy przeszkadzały nieco. I niepokoiły, gdy przeglądał się w lustrze, jednak personel medyczny zapewniał, że wygląda całkiem naturalnie. Przylegały na tyle trwale, że usunięcie któregokolwiek bez naruszania tkwiącej pod spodem kości byłoby niemożliwe. Wprawdzie Hivistahmowie i O'o'yanowie nie byli równie biegli, jak Ampliturowie, ale i tak potrafili niejedno. Randżi skłonny był przyznać im rację: powinno się udać.
Pouczono go, aby nie rozmawiał z nikim na pokładzie statku lecącego z powrotem na Eirrosad, by milczał w obecności oddziału mającego za zadanie odstawić jeńca możliwie najbliżej miejsca niegdysiejszego pojmania.
Ziemianie i Massudzi zerkali na niego z ciekawością i zdumieniem, ale niezwykły pasażer ignorował ich, zapatrzony w śmigające poniżej wierzchołki drzew.
Jego małomówność tylko mnożyła domysły. Jeśli naprawdę był zmodyfikowanym niebezpiecznie Aszreganem, to czemu wypuszcza się go na wolność i to tak blisko linii Wspólnoty? Ten i ów pomyślał nawet o przypadkowym postrzeleniu, na przykład w trakcie ucieczki, jednak broń pozostała w kaburach. Mieszany oddział eskortujący wywodził się z doborowej, wysoce zdyscyplinowanej jednostki.
Tak zatem bez niespodzianek opuścili go na podmokły grunt, schowali wyciągarkę i odlecieli na zachód nie czekając, aż ktokolwiek wykryje obecność ślizgacza.
Randżi został sam w okolicy, którą opuścił, jak mu się zdawało, całe wieki temu. Obce drzewa zwieszały mu się nad głową, spośród liści wyjrzał ciekawski łebek jakiegoś stworzenia, gałęzie ociekały pozostałościami po porannym deszczyku.
Wysadzono go w miejscu stosunkowo suchym i ogólnie nawet miłym. Mógłby odprężyć się teraz, wypocząć, zastanowić... Jednak ostatnio rozmyślał i tak zbyt wiele. Tyle pytań... A na żadne nie znalazł odpowiedzi. Uznał, że nie ma co marnować sił na bezowocne dywagacje, lepiej poszukać drogi ku stanowiskom Wspólnoty; jeśli będzie zwlekał, może natknąć się na patrol Gromady. Głupio by wyszło, gdyby znów go teraz pojmali. Sprawdził położenie słońca i ruszył na wschód.
Jednak to nie zwiadowcy sprawili mu najwięcej kłopotu, lecz miejscowa fauna. W pewnej chwili wpadło nań coś niedużego na ośmiu łapach, syknęło i zamierzyło się kłami na kolana. Zdążyło nawet podrzeć portki. Szczęśliwie strzelił, nim wgryzło się w ciało.
Przedzierał się przez gęstwinę, obchodził powalone pnie i brodził w wodnych oczkach, aż gdzieś w pobliżu eksplodował pocisk z działka. Zadymiło, tuż po prawej runął w krzaki wierzchołek zniszczonego drzewa.
Rzucił się na ziemię i zerknął w kierunku, z którego strzelano. Kolejny pocisk zaświstał mu tuż nad głową i wybił potężną dziurę w pniu. Okolica utonęła w deszczu lian i gałęzi.
Odtoczył się w lewo. Sięgnął po broń, ale wtedy właśnie jakiś głos kazał mu stanąć, rzucić broń, założyć ręce na głowie i odwrócić się powoli. Zawahał się, potem posłuchał. Ktokolwiek zastawił pułapkę, i tak był górą.
Pozostało mieć nadzieję, że to żadne żółtodzioby, skłonne do pociągania za spust przy lada okazji. Słyszał, jak rozmawiają podchodząc. Ktoś przystawił mu lufę do pleców. Dopiero wtedy Randżi pokazał, że jest Aszreganem.
Już sam widok ich zdumionych twarzy był wystarczającą nagrodą za leśną poniewierkę. Zaraz potem odetchnęli z ulgą, a gdy ujawnił swą tożsamość, zaskoczenie ustąpiło miejsca niedowierzaniu.
- Jakiś czas temu ogłoszono, że pan zginął - powiedział jeden z żołnierzy, pospiesznie oddając Randżiemu jego broń. Inny podsunął rację żywnościową z normalnym pożywieniem Aszreganów, tak odmiennym od podłego żarcia Ziemian. Randżi zjadł wszystko, nie czekając nawet, aż danie się podgrzeje.
Ostatni z trójosobowego patrolu rozglądał się niespokojnie.
- Sektor roi się od czujek nieprzyjaciela. Wciąż sondują nasze linie. Czasem próbują zasadzić się gdzieś w błocku.
- Widziałem ich ślizgacze. Nasze też - skłamał Randżi. - Ale z góry chyba mało co widać.
Ten trzeci zgodził się skwapliwie.
- Nic dziwnego, że pana przeoczyli. Cieszę się, że jednak to my znaleźliśmy pana pierwsi. Przepraszam, że strzelaliśmy, ale zwykle można tu spotkać jedynie Massudów i Ziemian, Nie spodziewaliśmy się kogoś z naszych.
Randżi nieco zdrętwiał, posłyszawszy w tonie żołnierza nutkę podejrzliwości.
- Pański oddział specjalny został wycofany z tego odcinka i posłany gdzie indziej - wtrącił się inny. - Jak udało się panu przetrwać tyle czasu w dżungli?
- Straciłem namiernik - mruknął Randżi. - Wszystko straciłem. Byłem na dodatek ranny. Musiałem ukrywać się przed ich patrolami. Zbierałem owoce, stawiałem szałasy. Wiedziałem, że jeśli uchowam się dostatecznie długo, to ktoś mnie w końcu wyratuje. Pewien jestem, że nie minie was nagroda.
To ostatnie zmąciło myśli pytającego na tyle, że zaniechał dalszego węszenia wkoło zasadniczego tematu.
- Sporo czasu spędziłem w dziupli drzewa - ciągnął Randżi widząc, jak łapczywie chłoną każde słowo tyczące "sztuki przetrwania". - Było tam sucho i bezpiecznie. Musiałem odczekać, aż noga mi się wygoi. Noga i kilka drobniejszych skaleczeń na twarzy i rękach - dodał w przypływie natchnienia.
Wszyscy zetknęli się z nim wierzchami prawych dłoni.
- Dobrze widzieć pana żywym, panie oficerze.
Randżi czuł, jak ich obecność kruszy z wolna świeżą jeszcze otoczkę niedawno zyskanego człowieczeństwa, jak powracają dawne, wynikłe z indoktrynacji nawyki. Czyż nie wrócił miedzy swoich? Czy to nie miedzy nimi się wychował? Chociaż... Czym właściwie różnili się Aszreganie od Homo? Trochę wyglądem, częścią genów. Tak czy tak, dobrze znów mówić językiem dzieciństwa, jeść z dawna znajome potrawy, czytać z cudzych dłoni swojskie gesty. Wiedział, co go czeka, ale przypływ ciepłych uczuć był jednak zaskoczeniem. Jeszcze trochę, a się rozkleję, pomyślał.
Żołnierze z patrolu uznali, że ktoś przez długie miesiące błądzący po dżungli ma prawo do niejakiego rozchwiania emocjonalnego i czym prędzej odstawili go na tyły.
Wszelkie wątpliwości znikneły bez śladu. Powitanie było serdeczne, bez cienia podejrzliwości. Kto żyw, chętnie nadstawiał ucha, by poznać niezwykłą opowieść rozbitka, i nikt nie kwestionował ani słowa. Po części dlatego, że nie było po temu podstaw, po części za sprawą żarliwego pragnienia, aby mieć w szeregach tak znamienitego bohatera.
Z początku nie próbowano badać stanu jego zdrowia, przecież było cudem, że w ogóle przeżył. Temat wypłynął dopiero później i pewien już siebie Randżi popuścił wodze wyobraźni.
Naprawdę gorące powitanie zgotowali mu jednak towarzysze z oddziału. Spijali każde zdanie z jego warg, gotowi uwierzyć dosłownie we wszystko. Cała seria energicznych powitań wystawiła świeże wszczepy na ciężką próbę.
- Tyle czasu! - stwierdził Biraczii z takim szacunkiem, iż Randżiemu zrobiło się nieswojo. - Pomyśleć, że już dwa miesiące temu uznano cię za poległego.
- Pospieszyli się - mruknął.
Spacerowali po terenie wysuniętej leśnej bazy. Wszyscy poznawali Randżiego, machali mu serdecznie i głośno pozdrawiali. Aszreganie, Krygolici, swoi i zupełnie obcy. Bohater odpowiadał na każdy gest świadom, jak wielkim wydarzeniem byłoby rzeczywiste przetrwanie w dżungli i jak bardzo musiało urosnąć morale towarzyszy.
Jednak nie było mu łatwo. Nabyta niedawno wiedza o pochodzeniu całej gromadki z oddziału specjalnego nie pomagała w powrocie do normalności. Spoglądał na towarzyszy i nie wiedział dokładnie, kogo widzi: bliskich znajomych czy przekształcone sztucznie monstra.
Dziwny wyraz oczu nie uszedł uwagi otoczenia, ale przypisano go wyczerpaniu po ciężkich przejściach.
Im więcej czasu spędzał między przyjaciółmi, tym więcej nabierał wątpliwości. Bo co tak właściwie wiedział na pewno? Że został zmanipulowany. Ale przez kogo? Przez Ampliturów? Przez Gromadę? Może przez obie strony?
Kim albo czym był? Komu winien okazać lojalność? Czy geny znaczyć mogą więcej niż przyjaźń? Wszystko spadło na niego jak grom, ledwie miał czas przemyśleć sprawę, uwierzyć w podsuwane mu dowody. Uczynił to jednak, a przynajmniej tak mu się wydawało.
O wiele łatwiej było kiedyś, kiedy życie toczyło się swoim torem i nie podsuwało tak wielu egzystencjalnych pytań. Niestety. Cokolwiek próbował wymyślić, przed jednym wnioskiem nijak nie mógł uciec. Teraz dostrzegał, że tak on jak i jego przyjaciele różnią się znacznie od tych nielicznych Aszreganów, których spotkać można było w okolicy.
Zapytany o sposób, w jaki udało mu się przetrwać bez zapasów prowiantu, opowiedział szczegółowo o próbowaniu owoców, polowaniu na drobną zwierzynę i zbieraniu deszczówki w zwinięte liście. Zeznał, że wykorzystał całą wiedzę zdobytą w trakcie szkolenia i dzięki temu przeżył. Słuchali z ochotą i wciąż nie mieli dosyć.
Czy trafił choć raz na wroga? Owszem, nawet parę razy. Nie, nie widział Massudów ani Ziemian, tylko Hivistahmów i Leparów. Wielu. Radził sobie z nimi tak, jak dyktowały okoliczności.
Podczas jednego z takich spotkań bystra i piękna Kossinza-iiv wtrąciła się z przepraszającą miną w tok jego opowieści.
- Muszę ci coś powiedzieć, Randżi - stwierdziła, ignorując posykiwania reszty. - Przepraszam, ale trudno dłużej trzymać to w sekrecie.
- Co takiego?
- Czy wiesz, że do bazy na naszych tyłach przybywa jutro nowy oddział specjalny z Kossut?
- Pierwsze słyszę.
Nowi rekruci z ojczystej planety. Kolejni absolwenci. To już tyle czasu minęło od zwycięstwa w Labiryncie?
- Gdy do nas dołączą, będziemy dwukrotnie silniejsi. Przy pierwszej okazji damy wrogowi znacznie większego łupnia niż na Koba.
- To wspaniale - powiedział Randżi, wykazując minimum entuzjazmu. - I to taka tajemnica?
- To nie - uśmiechnęła się dziewczyna. - Jest z nimi twój brat. Przeskoczył jeden rok szkolenia.
Randżi ucieszył się, ale myślami był już gdzie indziej; Zatem Saguio też jest na Eirrosad. Wspaniale. Jak dotąd zwodził Aszreganów, Krygolitów, nawet bliskich przyjaciół. Ale czy zdoła oszukać własnego brata?
Że Saguio był jego prawdziwym bratem, to nie ulegało wątpliwości. Byli podobni zewnętrznie, wykazywali podobne zdolności. Randżi był nieco bystrzejszy, Saguio nieco wyższy, jednak z pewnością łączyło ich genetyczne pokrewieństwo. Takie lub inne. Zresztą, nawet gdyby nie, to jest jego brat i kropka.
Gdy następnego dnia oddział żółtodziobów wysiadł z transportowca, Saguio kroczył między nimi. Powitanie było na tyle serdeczne, że Randżi z miejsca pozbył się wątpliwości. Nawet gdyby ogniem z pyska zionął, młodszy brat i tak przytuliłby go do serca.
Całe godziny spędzili na rozmowach. Jeśli Saguio zauważył jakąś zmianę tonu Randżiego, gdy ten mówił o rodzicach, to skrył zdumienie.
- Przekazano mi wiadomość o tobie. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co musiałeś przejść.
Prawdziwe słowa, bracie, nawet nie wiesz jak prawdziwe, pomyślał Randżi. Jak zereagujesz, gdy dowiesz się prawdy? Był bohaterem dla brata i dla wszystkich... Ale co z tego? Bohater obcego plemienia... A może jednak nie?
Musiał przeprowadzić dowód prawdy. Własny dowód. Niech ci tam biją się o galaktykę, skoro chcą. Randżi miał ważniejsze sprawy na głowie.
Gdy pomyślał, że trzeba będzie w końcu wtajemniczyć przyjaciół, dotarło doń, ile ryzykuje. Mogą go zabić. Własny brat też może go zabić. Nie ochronią go Ziemianie, nie wesprą Hivistahmowie. Zdany będzie na siebie. Cokolwiek myślał o niedawnych nadzorcach, skłonny był ich podziwiać. Zaryzykowali, pozwolili mu wrócić. Znaczy, zaufali... Albo byli niezmiernie zadufani. Obie te cechy uznawano za wybitnie ludzkie.
Zanim jednak powie cokolwiek, musi mieć pewność. To było najważniejsze.
Póki co cieszył się towarzystwem brata i wspominał dawne, dobre czasy, kiedy nie miewał żadnych wątpliwości i prosta wiara w Cel zastępowała myślenie. Nawet to ostatnie jawiło mu się obecnie jako mgliste i dwuznaczne.
Ale nawet jeśli uzyska pewność, to jak przekonać pozostałych, że nie są Aszreganami, tylko zabawkami w rękach Ampliturów? Nie miał żadnych wykresów, ilustracji, przyrządów. Wiedział, że przy gołych słowach nawet reputacja bohatera to za mało.
Przecież nie muszę wcale tego robić, myślał czasem. Wśród swoich będzie bezpieczny. Może przecież zasymulować skrajne wyczerpanie psychiczne, wtedy odeślą go na Kossut jako instruktora. Spróbuje zapomnieć, co widział i słyszał, zamieszka w znajomej okolicy między przyjaciółmi. Przecież sam nijak nie zmieni losów toczonej od tysiąca lat wojny. Nawet jeśli Ziemianie mieli rację, to przecież nie jest im nic winien.
Pozostawało tylko jedno. Problem, którego nie potrafił zbagatelizować: potomstwo. Dzieci, które urodzą się z czasem i poniosą mutację dalej. Uczynią to, nie mając żadnego wyboru, nikt nie spyta ich nigdy o zdanie, czy chcą być ludźmi czy Aszreganami.
Zacznie od brata. Tak będzie łatwiej. Saguio wysłucha go i nie uzna za szaleńca. Przy odrobinie szczęścia zdoła wtajemniczyć jeszcze kilku. Przynajmniej tyle zrobi, nim odeślą go na leczenie.